Stokrotka Magazyn

Triathlon – lekcja życia

Triathlon – lekcja życia

Sport to najlepsze, co spotyka nas w życiu – to znacznie więcej niż rzeźbienie sylwetki, dbałość o zdrowie, zabawa czy rywalizacja. To przede wszystkim lekcja życiowych reguł, odkrywanie prawdy o samym sobie i międzyludzkich relacjach.

Gdy nie chcemy zwalniać tempa po wakacjach, warto spojrzeć na sport w nieco innym świetle, by na nowo dostrzec jego piękno, obudzić w sobie nieodpartą chęć ruchu i na dobre pokochać aktywność. Sport bowiem uczy życia, a składowe triathlonu – pływanie, jazda rowerem i bieganie – należą do najbardziej popularnych form ruchu w naszym kraju. Ja traktuję go, czym pewnie wielu zaskoczę, jako wielką metaforę, w trakcie treningów i zawodów uświadamiając sobie najważniejsze z życiowych prawd.

Rozterki sportowca

Moda na zdrowy, sportowy tryb życia zagościła w naszym kraju całkiem niedawno. W latach 70. i 80. nie cieszył się on taką popularnością jak obecnie. Doskonale pamiętam, gdy pewna starsza pani powiedziała do swego wnuczka, wskazując mnie palcem: „Lepiej się ucz, żebyś nie musiał biegać!”. Takie miejsce zajmował wówczas sport w społecznej świadomości – w opinii wielu był niejako „za karę”. Przez lata próbowałem znaleźć najlepszą odpowiedź na pytanie: po co ćwiczę? Czemu ma służyć ten sport? Treningi były dalekie od przyjemnej rekreacji: pobudka o 4.00 rano i trening w zimnej wodzie, po którym przemierzałem jeszcze ponad 100 kilometrów na rowerze, by wieczorem znaleźć w sobie siłę na bieg. Dziś wiem, że nie był to czas stracony.

Dyscyplina codzienności

Konieczność codziennego wykonania określonej pracy nabiera sensu, gdy myślimy o celu. Sport dał mi siłę, by wychować dzieci i przetrwać w życiu również trudne chwile. Jednocześnie – triathlon w szczególności – uczy pokory. Nie da się być równie dobrym w każdej dyscyplinie i w każdych warunkach. Wprawdzie cudownie jest poczuć moc, przekraczając linię mety jako zwycięzca, ale wystarczy mieć na uwadze, jakim kosztem był okupiony ten sukces, by powstrzymać pokusę myślenia o sobie w kategoriach supermana.

Najważniejsze, co dał mi triathlon, to dyscyplina codzienności. To wypracowane nawyki kształtują nas jako ludzi, a nie szalone zrywy czy pojedyncze działania.

Delikatnie i z wyczuciem

Pierwsza z triathlonowych rywalizacji odbywa się w wodzie – pływanie nauczyło mnie wrażliwości i czucia. Na etapie pływackim bardzo ważne jest też kontrolowanie emocji i umiejętność dostosowania się do środowiska. Jeśli zgubisz się wśród tych, którzy płyną wolniej, próbując nadrobić stracony czas, możesz kogoś skrzywdzić.

„Stałe napięcie łańcucha”

Stała, średnia prędkość daje więcej niż dynamiczne zmiany tempa jazdy. Gdybym miał wyciągnąć wnioski, traktując jazdę na rowerze jako metaforę życia, zatrzymałbym się przy głównej zasadzie kolarzy – nieważne, jakie są warunki do jazdy, zawsze trzeba zachować „stałe napięcie łańcucha”. Rower nauczył mnie także tego, że jeśli wkładam w coś energię, to zaciągam swego rodzaju dług, który wymaga spłaty, najczęściej z odsetkami – na końcu wyścigu nieraz musiałem płacić za zbyt mocny początek. Te prawdy mają swe odniesienie do naszego życia – bywa, że przymykamy na coś oko, miotamy się, a później rozwiązanie problemu pochłania dwukrotnie więcej energii.

W triathlonie mawiamy: trzeba mieć gorące serce, zimną głowę i ciało z żelaza.

Szacunek do własnego ciała

W triathlonie, gdy organizm domaga się już odpoczynku po dwóch wcześniejszych dyscyplinach, trzeba zmienić buty na biegowe i zawalczyć z ciężarem własnego ciała. W wodzie i na rowerze jest łatwiej – pracujemy w odciążeniu, a podczas biegu naprawdę musimy się zmierzyć z własnymi słabościami. W takiej sytuacji decyduję się na tzw. przetaczanie – stawiam krótki krok, przez piętę, co nieco ułatwia pracę mięśniom. Wtedy zaczynam poruszać się z przyjemnością i bez bólu, a w pewnym momencie organizm sam daje znać, że można już biec szybciej.

Najważniejsza z lekcji

Każdy trening przynosi odpowiedzi na pytania o to, jak lepiej dbać o rodzinę, jak lepiej spożytkować czas w pracy zawodowej. Sport to dla mnie nie wyścig po miejsce czy nagrody, lecz swego rodzaju katharsis. Widzę wtedy ostrzej, bardziej precyzyjnie, a niekiedy zaczynam nawet dostrzegać to, na co do tej pory nie zwracałem uwagi.

Wysłuchała Sylwia M. Kupczyk

Komentarz pojawi się po zatwierdzeniu go przez redakcję.